Habarri
 
Football bez prądu
Football bez prądu

Kiedy wydawało się, że świat piłki nożnej jest już postawiony na głowie przez napięty do fizycznych granic możliwości piłkarzy (i granic możliwości śledzenia rozgrywek przez przeciętnych kibiców) przez dyktat strumieniami płynących Euro za prawa telewizyjne, pewien Chiński wirus postanowił wszystkim udowodnić, że nie ma takiego betonu, którego nie da się skruszyć. Od połowy marca niemal cały świat piłki nożnej (a na pewno tej poważnej) został zmuszony do wycofania się w domowe pielesze. Piłkarze wrzucają na portale społecznościowe filmy zachęcające kibiców do zachowania dystansu społecznego lub chwalą się jak dbają w ekstremalnych warunkach swoich willi o tężyzny fizyczne, a kibice uzbrojeni w posępne miny ponownie przeżywają zmagania Polaków na mundialu w 74 lub klasyczny finał Ligi Mistrzów z 1999r (co za powrót Manchesteru United!).

Dla tych, którzy bez piłki żyć nie potrafią i obejrzeli już wszystkie klasyki Ligi Mistrzów i mistrzostw świata kilkukrotnie, pozostaje któraś z jeszcze grających lig (lub e-sport, ale kto by oglądał e-sport?). Stan na dziś to 4, niestety w Burundi podjęto decyzję o zawieszeniu rozgrywek. W grze pozostają Tadżykistan, Nikaragua, Tajwan oraz Białoruś.

 

Grać czy nie grać?

Pytanie jest retoryczne, bo nie ma takiej przesłanki sportowej, ekonomicznej czy moralnej, które wskazywałyby, że ligi w poszczególnych krajach powinny wznowić rozgrywki, nie da się bowiem wycenić życia i zdrowia ludzi (tak piłkarzy, działaczy jak i kibiców i small businessów działających w obrębie futbolu).

Ostatnim meczem na tak zwanym szczycie rozegranym przed zamknięciem na kłódkę boisk było fenomenalne i obfitujące w dramatyzm spotkanie Liverpoolu z Atletico. Jak na (być może) ostatnie spotkanie sezonu 19/20, było najlepszym możliwym przedstawicielem swojego gatunku, finałem tego sezonu można by rzec, w roli aktorów mistrz w lśniącej zbroi i pretendent, pełen licznych wad i poharatany przez życie. Drużyna The Reds nie mająca sobie równych w Anglii i na świecie, podejmowała na swoim boisku, rozbitą i pokaleczoną w tym sezonie nieobecnością wielkich postaci z ostatnich lat, ekipę Atletico w swojej niezdobytej twierdzy – na Anfield. Dla Liverpoolu, który na Anfield nie przegrał od 55 spotkań, mecz miał być tylko kolejnym przystankiem, a okazał się stacją końcową, to Atletico „gra” dalej. Finał jak wyreżyserowany, bo po nim już tylko pustka – decyzja o odwołaniu rozgrywek w wszystkich poważnych ligach na świecie.

A że zagrożenie nie było wydumane wskazują raporty z Włoch mówiące o tym, że znaczny przyrost zachorowań na COVID-19 w Bergamo miał miejsce wskutek organizacji w tym mieście meczu Ligi Mistrzów pomiędzy miejscową Atalantą a Valencią. W wyniku tragicznych wydarzeń we Włoszech nie mogło być mowy o kontynuacji rozgrywek ligowych w tym kraju.

Długo broniła się Bundesliga, próbując rozgrywać mecze przy pustych trybunach, ale po potwierdzeniu COVID-19 u jednego z piłkarzy 2 Bundesligi podjęto słuszną decyzję o wstrzymaniu rozgrywek najpierw do 2 kwietnia, a następnie do odwołania. Podobnie sytuacja miała się w Anglii, gdzie FA nie chciało słyszeć nieśmiałych (ale świadomych stawki monetarnej) piłkarzy i działaczy próśb o zawierzeniu rozgrywek aż do czasu, kiedy pierwszy w brytyjskim futbolu przypadek COVID-19 zdiagnozowano u trenera Arsenalu, Mikela Artety. Rozgrywki najchętniej oglądanej ligi świata zawieszono do odwołania.

 

Euro 2021 2020

Futbol międzynarodowy także został zmuszony do wstrzymania oddechu. Euro 2020 zaplanowane na czerwiec 2020r. zostało oficjalnie przeniesione na 2021 rok. Scenariusz powrotu do „normalności” rodzący kolejne patologie i zaspokajający kieszenie tych, którzy na footballu zarabiają najlepiej – sponsorów. Kiedy w 2021 roku będzie trwało święto piłki nożnej zwane Euro 2020 (tak, taką będzie nosiło nazwę) i około miesięczne przygotowania do niego , w tym samym czasie rozegrane być powinny mecze eliminacyjne do kolejnej dużej imprezy – MŚ 2022. Przez takie ustawienie terminarza konieczne będzie skumulowanie eliminacji do MŚ w wrześniu i październiku 2021r. Czyli wtedy, kiedy w pełnym wymiarze rozgrywane są rozgrywki ligowe kolejnego sezonu i rozgrywki europejskie (LM i LE).

Taka sytuacja na pewno zaspokoi przede wszystkich kieszenie sponsorów i telewizji, zarabiających krocie na pokazywaniu meczów i sprzedaży do nich praw. Gorzej z piłkarzami, którzy otwarcie przyznają już, że rozgrywanie meczów przez 11 miesięcy w roku co 3 dni nie jest już sportem a wyzyskiem, grożącym ponoszeniu coraz to poważniejszych kontuzji.

Czy zatem COVID-19 sprawi, że kręgosłup moralno-etyczny futbolu zostanie naprostowany? Nie, miejmy jednak nadzieję, że całkiem się nie połamie. Ostatecznie, ile przeciętny kibic może znaleźć w sobie pokładów czasu i entuzjazmu na oglądanie tych wszystkich meczów?

 

Cierpią nie tylko kluby

Kluby piłkarskie żyjące z praw telewizyjnych i wejściówek stały się największymi ofiarami epidemii w świecie sportu. Wiele z nich już po miesiącu zawieszenia rozgrywek miało problem z terminowym regulowaniem zobowiązań. Właściciele nawet najbogatszych klubów negocjują z piłkarzami obcięcie wynagrodzeń, aby móc spłacić pracowników niegrających, a dyrektorzy i sztaby szkoleniowe rezygnują z tygodniówek aby pozostali pracownicy klubu (w niektórych przypadkach kluby zatrudniają nawet ok 1000 osób) mogli otrzymać swoje wynagrodzenia.

Kluby to jednak tylko szczyt góry lodowej a to, co pod wodą to całe skupisko firm i ludzi, którzy z futbolu uczynili źródło utrzymania. Stacje telewizyjne skupiające uwagę na sporcie odnotowują rekordowo niskie oglądalności, jednocześnie zarabiając mnie na reklamie. Firmy bukmacherskie z całą pewnością musiały przekreślić swoje plany budżetowe na 2020r. Firmy analityczne zajmujące się zbieraniem danych, nie mają danych, które mogłyby zbierać. Gazety sportowe i influencerzy przerabiają już wydarzenia zgoła abstrakcyjne (jak np. porównanie telewizorów w domach Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo) licząc straty z zmniejszonej oglądalności i poczytności.

A przecież nadal, to tylko część sportowych „ofiar” epidemii. Branża gastronomiczna, sprzedawcy pamiątek, taksówkarze, właściciele pubów – wszyscy Ci, którzy żyli z kibiców odwiedzających w weekendy stadiony i jednocześnie nie skąpili groszem na to, by wyjście na mecz okrasić napojem wyskokowym są w tych czasach szczególnie narażeni na utratę dochodów. Część z tych biznesów nie będzie już funkcjonowała po opanowaniu epidemii.

Piłkarze natomiast doskonale wiedzą co robią, trzymając grunt w sprawie zmniejszenia pensji zapisanych im w kontraktach. Gdy przyjdzie czas na powrót do normalności, klubów może nie być już stać by oferować tygodniówki, które część z nich ma obecnie zapisane w kontraktach. Może przynajmniej w tym aspekcie, panujący obecnie wirus przywróci nieco normalności do świata futbolu. Kluby tymczasem rozpoczną procesy zmierzające ku zwiększeniu stabilności finansowej i zabezpieczeniom, mającym na celu ochronę ich interesów w przyszłości. Można domniemywać, że zyskają agencje ubezpieczeniowe (precedens organizatorów turnieju Wimbledońskiego, którzy w związku z odwołaniem turnieju w 2020r. otrzymają od ubezpieczyciela 141 mln dolarów).

 

A po wirusie?

Pozostaje wiele otwartych kwestii związanych z dokończeniem sezonu 2019/2020. Wiele z federacji piłkarskich oraz klubów nie godzi się z całkowitym odwołaniem rozgrywek i jednocześnie utratą ogromnych sum (i trofeów).

Na ten moment decyzję o definitywnym zakończeniu sezonu podjęła jedynie belgijska Jupiter League ogłaszając, że mistrzem sezonu 19/20 zostaje Club Brugge prowadzące aktualnie w tabeli. Tymczasem większość lig zastanawia się, czy możliwe jest bezpieczne dokończenie sezonu, mając jednocześnie przed sobą majaczący sierpień, kiedy standardowo rozpoczynają się nowe sezony w Europie. Jest co rozważać, bo nie każda liga jest do rozstrzygnięcia tak prosta jak angielska Premier League, gdzie Liverpoolowi zabrakło raptem kilku punktów do zapewnienia sobie pierwszego mistrzostwa od kilku dekad. Wiele klubów aktywnie walczących o tytuły może czuć się pokrzywdzonych rozwiązaniem belgijskim (np. we Włoszech).

Najrozsądniej wydaje się uznać sezon za nieodbyty, pozostawiając awanse pomiędzy dywizjami oraz do pucharów skuteczne na sezon 2018/2019. Największym wrogiem tego rozwiązania jest wizja utraty znaczących przychodów przez wszystkich zaangażowanych w futbol, od stacji telewizyjnych, poprzez kluby i federacje piłkarskie a kończąc na sponsorach. Po takim golu samobójczym wiele drużyn może nie wrócić do meczu w sezonie 2020/2021.

Rozważając scenariusz dokończenia rozgrywek, a jest on rozważany zupełnie poważnie w Anglii lub Niemczech, różne propozycje są brane pod uwagę, zaczynając od meczów bez kibiców (to będzie jeszcze futbol?) a kończąc na zamkniętych, skondensowanych turniejach (już widać entuzjazm na twarzach fizjoterapeutów próbujących przywrócić do życia kończyny zmaltretowanych piłkarzy po takim zastrzyku meczów poprzedzonym 2 miesięczną przerwą w treningach). Żadne z tych rozwiązań nie jest zupełnie bezpieczne, ani zupełnie moralne (np. przeprowadzanie przed każdym meczem testów na obecność wirusa całej kadrze w obliczu ograniczonej ilości testów).

Interesujący wydaje się aspekt okna transferowego, które zazwyczaj rozpoczyna się z początkiem lipca i kończy w sierpniu. Gdyby rozgrywki sezonu 2019/2020 przesunęły się na sierpień, mało prawdopodobne jest, aby i ten rynek nie zmienił swojej daty (mało który klub zdecydowałby się na pozbycie ważnych zawodników przed kluczowym momentem sezonu). Do gry z ławki rezerwowych wchodzi jednak aspekt prawny – kontrakty piłkarzy kończą się z reguły 30 czerwca, będzie to zatem kolejne trudne zadanie, z którym część klubów będzie się musiała w tym trudnym okresie zmierzyć. W końcu nikt nie będzie chciał grać za darmo przez 2 lub 3 miesiące.

Natomiast nam, jako zagorzałym kibicom pozostaje czekać i liczyć na to, że w tym sezonie będzie nam jeszcze dane obejrzeć przynajmniej kilka meczów takich jak wspomniany Liverpool – Atletico.

 

 

 

 

 

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper Premium